Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groteska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groteska. Pokaż wszystkie posty

stycznia 10, 2024

Podmajordomus Minor Patrick deWitt (przełożył Krzysztof Majer)

Podmajordomus Minor Patrick deWitt (przełożył Krzysztof Majer)

Siedemnastoletni Lucien Minor otrzymuje posadę podmajordomusa 
w zamku tajemniczego barona von Aux.

Od pierwszych stron tej powieści, wiemy, że Lucien nie jest człowiekiem wyjątkowym, choć właśnie tak pragnie postrzegać samego siebie. Półsierota, która nie ma swojego miejsca w świecie, która ucieka się do kłamstwa, by dostrzec u innych emocje, jakich pragnie, która przyjmuje jedyną zaoferowaną jej posadę, by wyrwać się z wioski, jaką zamieszkuje od urodzenia. Można szczerze przyznać, że Lucien jest tym bohaterem literackim, który potrafi drażnić czytelnika, którego obecność wydaje się jedynie jakimś bliżej niesprecyzowanym szaleństwem. Jest człowiekiem miałkim, szukającym własnej wygody, próbującym pokazywać się z jak najlepszej strony, choć, by to osiągnąć, ubiega się do łgarstw.

Podążając za Lucienem, trafiamy do wioski pod zamkiem von Aux i tutaj wszystko zaczyna się komplikować, zaś wachlarz dziwnych, karykaturalnych i zapewne chorych postaci, zaczyna się coraz bardziej poszerzać. Trudno znaleźć tutaj osobę, która byłaby w pełni normalna i choć dokładnie taki był zamysł autora, staje się to w którymś momencie niezwykle wręcz męczące. Im więcej groteski, im więcej absurdu, tym bardziej powieść staje się w moim odczuciu niezjadliwa. Bo, trzeba przyznać, jej końcówka jest w pewnym sensie niestrawna, aczkolwiek wydaje się to specjalnym zabiegiem deWitta. 

Pogłębiające się szaleństwo i degeneracja otaczających Luciena bohaterów, zdają się pozornie coś wyjaśniać, choć tak naprawdę tłumaczą niewiele. Klara pozostaje niestała w uczuciach, Memel pogrąża się w swojej chorobie, zaprzeczając częściowo własnym twierdzeniom, że w cierpieniu nie ma niczego szlachetnego, Mewe traci sens życia, Agnes i majordomus, podobnie, jak ich pan, stają się zaś cieniami samych siebie. Każdy z nich na swój sposób ukazuje upadek człowieka, za którym nie chce podążać Lucien, choć tak naprawdę stacza się wraz z nimi, pogrążając się w świecie, jaki nie ma najmniejszego sensu.

"Lucy zamknął oczy: nie po to jednak, by zapaść w sen, lecz by pobyć samemu w owym komfortowo wyposażonym pokoju, który utrzymywał gdzieś na dnie własnej głowy."

Odnoszę wrażenie, że gdybym miała dokonać jakichś porównań literackich, musiałabym odnieść tę książkę do dzieł Gombrowicza. Momentami odnajdywałam tutaj podobny poziom absurdu, tę właśnie groteskę, jakiej nic i nikt nie jest w stanie tak właściwie opisać. Granice pojmowania i sensu zacierały się w sposób, który tak naprawdę nie przemawiał do mnie w pełni. Nie ukrywam, że powieść ta ma swój sens, że można go uchwycić, że można się na nim zatrzymać, ale jednak nagromadzenie rzeczy skrajnie nieprawdopodobnych, powoduje, że nie jest to historia, która w pełni by mi odpowiadała. Gdy mówimy o powieściach deWitta, zdecydowanie wybieram Braci Sisters.

Jednocześnie jednak przyznaję, że Podmajordomusa po prostu się połyka. To ta książka, przy której nieustannie padają magiczne zapewnienia o jeszcze jednym rozdziale, a ponieważ poszczególne fragmenty książki są stosunkowo krótkie, należy uznać to za prawdziwą pułapkę. I chociaż nie ma tutaj właściwie żadnej tajemnicy, jakiej rozwiązania czytelnik by wypatrywał, choć nie ma tutaj wielkiej przygody, spokojnie można przyznać, że każda kolejna strona potrafi rodzić pytania o to, co wydarzy się dalej. Dokąd, tak naprawdę, zmierzamy wraz z bohaterem i czy jego życie ma w ogóle jakiś większy sens.

To przyjemna, choć w moim odczuciu, całkiem niezobowiązująca lektura, której naprawdę warto poświęcić czas. Nie nazwałabym jej zachwycającą, czy nadmiernie urzekającą, ale ma w sobie coś pociągającego, coś, co być może pozostawi niektórych czytelników z licznymi pytaniami, na jakie najpewniej nie istnieją jednoznaczne odpowiedzi.

"Cierpienie wcale nie uszlachetnia, 
a bezmyślna harówka nie jest warta zachodu."

października 09, 2018

'Kobieta z wydm' Kōbō Abe

'Kobieta z wydm' Kōbō Abe

'Nauczyciel, z zawodu entomolog, wyrusza na wyprawę badawczą na wydmy. Jeszcze nie wie, że nigdy z niej nie wróci. Uwięziony w domu-pułapce desperacko próbuje uciec, ale magnetyczna siła tajemniczej kobiety, z którą mieszka, sprawia, że to co dotąd było przekleństwem, staje się sensem jego życia.'

Kiedy jakiś czas temu zdecydowałam się sięgnąć po 'Kobietę z wydm', zostałam zachęcona do lektury przez komentarz opisujący tę książkę, jako posiadającą iście kafkowski klimat. 'Proces' - choć nie był wcale lekturą łatwą - przypadł mi do gustu już w czasach licealnych, więc do dzieła japońskiego autora podchodziłam z jeszcze większym zaciekawieniem. Sam opis książki zdradza już bardzo wiele z wydarzeń, jakie rozgrywają się na jej kartach, ale nie jest w stanie oddać przeżyć głównego bohatera, który miota się nieustannie, jak ryba schwytana w sieć. Absurd sytuacji, w jakiej znajduje się mężczyzna, miejsce, do którego trafia - to wszystko przypomina faktycznie twórczość Kafki i dodaje lekturze niepowtarzalnego smaku.

Trzeba oddać autorowi zdolność do opisywania przeżyć człowieka, który nie radzi sobie z tym, co go otacza, który jest zagubiony pośród nicości i znikąd nie może oczekiwać pomocy. Jego szaleńcze próby wydostania się z pułapki, a także zmienne nastroje są czymś, co w takiej sytuacji można spokojnie uznać za całkowicie naturalne. Dodatkowo do tego wszystkiego dochodzi jeszcze świadomość, że chociaż mężczyzna uważa się za znawcę w pewnych dziedzinach, nagle okazuje się, że tak naprawdę nie wie wielu rzeczy, jakie zaczynają go nie tylko przerażać, ale i drażnić. Jednocześnie muszę zaznaczyć, że niesamowicie podoba mi się alegoria owadów, które wabią, ale nie dają się schwytać. Podobnych odniesień w książce jest zresztą więcej i każde z nich dość mocno do mnie przemawia.

'Życie ludzkie nie powinno być rozerwaną na części księgą, lecz solidnie oprawionym tomem.'

Nie mówię, że 'Kobietę z wydm' czyta się zadziwiająco łatwo, gdyż nie jest wcale lekturą prostą i przyjemną. Mnóstwo tutaj niedopowiedzeń i rozważań głównego bohatera, które w gruncie rzeczy nie dotyczą niczego konkretnego, chociaż na takie właśnie pozują. Kryją się tutaj również jego rozmowy, zdawałoby się, z samym sobą, a swoiste poczucie obłędu potęguje bez dwóch zdań stan zawieszenia, w którym dni zlewają się w jedno, czas płynie, choć nie wiadomo jak szybko, a wszystko dookoła nieustannie zasypuje piasek. Absurd zdaje się narastać w książce z każdą kolejną stroną, zachowanie kobiety może czytelnika drażnić albo wprawiać w irytację, zupełnie jak głównego bohatera, który próbując z nią rozmawiać podejmuje się niemalże walki z wiatrakami. Dyskusje prowadzone ze starszym wioski są skrajnie niedorzeczne, a historie o wiosce zdają się być jedynie banialukami.

Nic zatem dziwnego w tym, że główny bohater uznaje wszystko to, co się wokół niego dzieje za kompletny nonsens. Życie w domu postawionym w samym środku jamy z piasku nie brzmi jak coś, co przydarza się każdemu z nas na co dzień. Niemalże niewolnicza praca, która nie prowadzi do żadnych wymiernych skutków, stosowanie kar i zachęt przypominających zabawę w kij i marchewkę, do tego teorie o tym, że piasek powoduje gnicie wszystkiego dookoła nie oddziałują najlepiej na psychikę głównego bohatera, który przypomina dzikie zwierzę zamknięte przez człowieka w cyrku. Nie sposób oddać to, co dzieje się w tej historii, co dzieje się w głowie mężczyzny, choć wydaje się  to być pozornie bardzo proste. Poza tym nie mogę powiedzieć zbyt wiele, by nie zdradzić dokładnie całej fabuły.

'Nie byłoby wcale dziwne, gdyby blues o bilecie w jedną stronę był pieśnią uwięzionej ludzkości.'

Mimo wszystko 'Kobieta z wydm' nie jest książką, jaka pozostawia czytelnika z milionem pytań bez odpowiedzi. W mojej głowie po tej lekturze rodzi się jedynie przeświadczenie, że nawet jeśli coś jest szalone, ale pozwala nam przeżyć, jeśli staje się niewygodną rutyną, w której jesteśmy w stanie dostrzec jakieś światełko w tunelu, to możemy do tego przywyknąć. Uznajemy to za część naszego życia, a dawne przyzwyczajenia spychamy w kąt. Nie uważam, by to jakiś magnetyzm tajemniczej kobiety z wydm spowodował, że główny bohater ostatecznie postąpił tak, a nie inaczej. Prędzej to jakiś przełom w jego umyśle spowodował, że zatrzymał się w miejscu, a blues o bilecie w jedną stronę okazał się być piosenką właśnie o nim. 

'Czy można jeszcze wrócić do normalnego świata?'
Copyright © 2016 Urząd Książki , Blogger