Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecięca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecięca. Pokaż wszystkie posty

marca 24, 2020

"Zagadka Hotelu Winterhouse" Ben Guterson (przełożył: Maciej Nowak-Kreyer)

"Zagadka Hotelu Winterhouse" Ben Guterson (przełożył: Maciej Nowak-Kreyer)

"Elizabeth jest bardzo szczęśliwa, od kiedy zamieszkała w Hotelu Winterhouse. Niestety jej moce zaczynają się objawiać w nieprzewidzianych sytuacjach i do końca nie wiadomo, czy dziewczynka potrafi nad nimi zapanować. Zarówno ona jak i Freddie ponownie zostają wciągnięci w zasadzkę. Hotelowi goście dziwnie się zachowują, niezidentyfikowane siły wstrząsają fundamentami Winterhouse, a Elizabeth znowu słyszy tajemnicze nawoływanie. Czyżby ktoś w hotelu próbował pomóc jej upiornej ciotce powrócić do domu? Czy Elizabeth pozna wreszcie całą historię swojej rodziny i razem z Freddiem rozwiąże ostatnią zagadkę związaną z Winterhouse?"


Elizabeth zamieszkała w Hotelu Winterhouse, gdzie od teraz spędza czas ze swoim dziadkiem i uczęszcza do szkoły w pobliskim miasteczku. Jej życie zdaje się być cudowną sielanką, ma nowych znajomych i czeka na pojawienie się Freddiego, który ma przyjechać wraz z rodzicami na ferie wielkanocne. Widok piękny jak z obrazka, ale niestety - nic nie trwa wiecznie. Elizabeth nieoczekiwanie trafia w pobliże nieczynnej już kopalni i zdaje sobie sprawę, że znowu wyczuwa nieznaczne drgania podłoża, a w okolicy pojawiają się ślady, które wcale nie napawają optymizmem. Gdyby tego było mało, właściwie wszyscy w jej otoczeniu zaczynają nagle dziwnie się zachowywać i nie znajdują wytłumaczenia dla wielu spraw, jakie stają się ich udziałem. Nie trudno zgadnąć, że dziewczyna dość prędko zaczyna się niepokoić, ale tym razem zostaje uważnie wysłuchana. Czy to jednak cokolwiek zmieni? 

"Lecz za to czas płynie szybko."

Już podczas czytania drugiego tomu serii zastanawiałam się, czy niektórzy nie dojdą do wniosku, że za dużo tych zagadek, że wszystko kręci się wokół jednego tematu, że nie ma tutaj niczego nowego i porywającego. Z przyjemnością muszę stwierdzić, że wydarzenia z "Zagadki Hotelu Winterhouse" w niczym nie ustępują historii z poprzednich części i, co najważniejsze, rozjaśniają wszelkie wątpliwości, jakich mógł wcześniej nabrać czytelnik. Akcja jest wartka, książka na tyle wciągająca, że spokojnie można by przeczytać ją w jeden dzień albo dwa wieczory, a kiedy już kolejne wydarzenia zaczynają nabierać rumieńców, trudno się tak naprawdę oderwać od opowieści. 

"Zagadka Hotelu Winterhouse" wyjaśnia wszystkie sekrety, na jakie świadomie, lub całkowicie nieświadomie, natknęliśmy się w czasie lektury poprzednich tomów serii. Opowieść staje się kompletna, a elementy wielkiej układanki znajdują ostatecznie swoje miejsca, by pozostawić czytelnika z poczuciem, że chciałby dowiedzieć się czegoś więcej. To jedna z tych historii, przy której żałujemy, że dobiegła końca i nie będziemy mogli śledzić już dalszych losów bohaterów, nawet jeśli wiemy, że nie ma tutaj już nic do dodania. Opowieść pozostawia jednak niewątpliwie, całkiem spore pole do popisu wyobraźni samego czytelnika i daje poczucie, że czasami nawet rozwiązania, które z pozoru wcale nie są takie dobre, mogą nauczyć nas czegoś nowego i przydatnego.

"Wszystko okryła ciemność, a nią zawładnęła cisza."

Kończąc już, powiem jedynie, że mam nadzieję na więcej takich książek. Być może są oderwane od rzeczywistości, może niektórym będą wydawać się zbyt delikatne, ale moim zdaniem - przekazują wiele wartości, na które powinni zwrócić tak dorośli, jak i młodsi czytelnicy. Ben Guterson pod płaszczykiem fantastycznej historii, przemycił wiele prawd uniwersalnych dotyczących różnic pokoleniowych, problemów dojrzewania i zmian, jakie mogą zachodzić w życiu każdego z nas. Autorowi naprawdę dobrze udało się uchwycić tę młodszą młodzież, która dopiero wkracza w problemy dorosłości i zaczyna mieć liczne wątpliwości dotyczące własnej przyszłości. Dla kogo zatem jest właściwie seria o Hotelu Winterhouse? Sądzę, że właśnie dla młodszej młodzieży oraz ich rodziców, czy dziadków, bo sądzę, że właśnie do nich najmocniej trafi ten cichy, ukryty przekaz, na który można tam natrafić.

"To jeszcze nie koniec. Wcale. Mam wrażenie, że to dopiero początek."

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dwukropek.

stycznia 12, 2020

"Sekrety Hotelu Winterhouse" Ben Guterson (przełożyła: Katarzyna Mironowicz)

"Sekrety Hotelu Winterhouse" Ben Guterson (przełożyła: Katarzyna Mironowicz)

'Elizabeth i Freddie wracają do hotelu Winterhouse na kolejne święta z nadzieją, że tym razem nie czekają na nich żadne niemiłe niespodzianki. Okazuje się jednak, że do hotelu przybywają nowi goście, których zachowanie bardzo niepokoi Elizabeth. A kiedy razem z Freddiem odkrywają dziwny emblemat i podążają tropem wskazówek, ściągają na siebie uwagę niejakiej Elany Vesper. Elizabeth poznaje mroczne sekrety hotelu i musi rozwiązać kolejne zagadki z przeszłości, by ocalić siebie i swoich najbliższych.'

Z całą pewnością znajdzie się ktoś, kto powie, że co za dużo, to niezdrowo. Jak dużo sekretów może bowiem kryć jeden, choćby i naprawdę niezwykły, hotel? Odpowiedź jest prosta: nieskończenie wiele. Co ciekawe, w ogóle to nie przeszkadza, a jedynie powoduje, że czytelnik jest zainteresowany tym, co jeszcze może spotkać go w Winterhouse, gdzie po prostu nie brakuje tajemniczych wierszy, emblematów, niezliczonych drzwi i pomieszczeń, których przeznaczenia nikt jeszcze nie zna. Ośmielę się powiedzieć, że ten niezwykły hotel ma w sobie coś z Hogwartu i nie zdziwię się wcale, kiedy pewnego dnia odkryjemy tam Komnatę Tajemnic albo ruchome schody. W przypadku tej serii nie ma czegoś takiego jak zbyt wiele tajemnic.

Trzeba by zatem wyjaśnić, dlaczego tak właśnie uważam. Wszystko za sprawą sprytnie wprowadzonych w pierwszym tomie postaci, gdzie od samego początku opowieści wiemy, że Winterhouse jest pełne sekretów, których nikt nie zgłębił. Legendarny założyciel tego miejsca i jego przyjaciel zakochany w różnego rodzaju zagadkach i szyfrach, są chyba doskonałą podbudową do tego, by spokojnie móc uznać, iż w hotelu za każdym rogiem może czaić się nowy sekret. Do tego wszystkiego dołożona zostaje jeszcze pewna świątynia, w której panowie spędzili wystarczająco wiele czasu, by przywieźć z niej nie tylko niesamowitą wiedzę, ale i sporo magicznych, czy co najmniej tajemniczych, przedmiotów godnych tego, by bezpiecznie je ukryć. Do tego można dodać jeszcze, że wciąż nie wiemy, jak dokładnie wyglądały relacje tej dwójki i czy przypadkiem nie doszło pomiędzy nimi do jakiegoś rozłamu, co dodaje nieco, nazwijmy to, pikanterii całej historii. 

Powodów do tego, by powiedzieć, że hotel Winterhouse może kryć w sobie jeszcze więcej tajemnic, jest zdecydowanie bez liku, ale może nie będę mówić o nich wszystkich, w końcu trzeba zachować jakieś sekrety na czas lektury dla czytelników, którzy jeszcze nie zapoznali się z tą historią. 

'Zupełnie sama'

Czytając pierwszą część serii, odnosiłam wrażenie, że niektóre postaci są dość szablonowe. Teraz jednak, być może wraz z rozwojem bohaterów, zaczynam dostrzegać niejednoznaczności, jakie się w nich objawiają. Dotyczy to również głównej bohaterki, co jest w moim odczuciu zdecydowanie dobrym zabiegiem. W końcu nawet ten, kto jest dobry, miewa gorsze chwile i bywa wystawiony na różnego rodzaju pokusy. Dodatkowo wprowadzenie kolejnych postaci pozwala na przedstawienie zupełnie nowych zachowań oraz ukazanie tego, że pozory czasem mylą, a pod maskami kryją się zupełnie inne osoby. Nie będę wskazywała palcami na bohaterów, których dotyczą te stwierdzenia, ale sądzę, że czytelnicy prędko zorientują się, co mam na myśli. 

Za pewien plus poczytują również to, że mimo wszystko starsi bohaterowi postrzegają Elizabeth nadal jako dziecko. W końcu główna bohaterka powieści ma dopiero dwanaście lat i choć uczestniczyła już w różnych wydarzeniach, a jej życie na pewno nie było usłane różami, być może nie powinna faktycznie wiedzieć o wszystkim. Z drugiej jednak strony książka pokazuje, że ukrywanie pewnych spraw przed dziećmi, nie jest dla nich najlepsze i może prowadzić do jednej wielkiej katastrofy, jak również zachwiania zaufania pomiędzy młodocianymi, a ich dorosłymi opiekunami. Mówiąc inaczej, to całkiem dobra nauka dla nieco młodszych i starszych czytelników, którzy powinni dobrze zapamiętać tę lekcję.

Warto również zaznaczyć, że drugi tom przygód Elizabeth w niczym nie ustępuje pierwszemu. Jest równie dobrze napisany, sekrety są tak samo wciągające, jak za pierwszym razem, a wokół Winterhouse buduje się otoczka narastającej tajemniczości. Hotel może być równie niecodzienny, jak wiele innych miejsc z literatury młodzieżowej, zaś Elizabeth i Freddie spokojnie mogą uchodzić za bohaterów, którzy muszą mierzyć się ze złem tego świata. Wprowadzenie nowych wątków, rozbudowanie okolicy samego hotelu, dodanie tak prozaicznych spraw, jak konieczność uczęszczania do szkoły, czy kwestia przemijania, jedynie dodają opowieści większej realności. Przekazują również czytelnikom pewne wartości, obok których trudno przejść obojętnie. Mówiąc inaczej, seria Winterhouse jest nie tylko jedną wielką przygodą, ale także księgą prostych mądrości, o jakich zdecydowanie warto pamiętać w życiu codziennym.

Kończąc już muszę powiedzieć, że czekam na kolejny tom. Szczęśliwie dla mnie 'Zagadka hotelu Winterhouse' pojawi się już 25 marca, więc wiem już dobrze, jak spędzę to środowe popołudnie.


'Winterhouse to mój dom'

lutego 20, 2019

'Pan Ryba' Katarzyna Majsner

'Pan Ryba' Katarzyna Majsner

'Siedmioletnia Klara Leszczyk mieszka w niewielkim miasteczku, którego mieszkańcy od wielu pokoleń zajmują się rybołóstwem. Dziewczynka marzy o tym, by złowić znaną z legend Rybę Złotą, posiadającą magiczną moc spełniania życzeń. Wkrótce Klara pozna kogoś, kto otworzy przed nią drzwi do zupełnie innego świata i pozwoli uwrażliwić ją na emocjonalną stronę ryb, co dla większości dorosłych jest niewidzialne...'

Ostatnio w moje ręce wpadają naprawdę interesujące książki. Była już opowieść o Amelce Kieł, która spokojnie mogłaby być doskonałym serialem animowanym, a dzisiaj przyszła pora na Klarę i Pana Rybę mogących z powodzeniem zadebiutować na deskach teatralnych. Być może wrażenie sporej sceniczności wywołuje skrótowe potraktowanie opisów otoczenia i czas teraźniejszy używany w narracji, wpływa na to również swoista szybkość akcji, która skupia się w dużej mierze na pojedynczych scenach, opisanych niemalże jak w scenariuszu. Jest to bez dwóch zdań zabieg ciekawy. Podejrzewam, że skoro książka opowiada o siedmiolatce, to została tak skonstruowana, by do dzieci w wieku głównej bohaterki trafiała wprost, bez konieczności nadmiernego zgłębiania tematu i dopytywania rodziców o każdy szczegół. Niemniej jednak w tej opowieści znalazło się kilka potknięć.

Trudno powiedzieć, by bohaterowie tej krótkiej książki byli jakoś szczególnie dobrze opisani, by dało się ich zgłębić i dostrzec w nich coś więcej niż to, co rzuca się od razu w oczy. Klara Leszczyk, czyli główna postać "Pana Ryby", jawi się czytelnikowi jako w gruncie rzeczy dobre dziecko, dość radosne i optymistycznie nastawione do życia. Ma swój cel, który pragnie osiągnąć z uwagi na miłość, jaką darzy zaginionego tatę. Trudno jednak mówić tutaj o jakichkolwiek innych cechach charakteru Klary, nie wspominając już w ogóle o tym, że nijak nie da się opisać tytułowego Pana Ryby - chyba tylko jako oddanego pomocnika. Jest, bez dwóch zdań, ofiarny i być może w jakimś zakresie nieco lękliwy. Niewiele mam do powiedzenia na temat znajomych Klary, którzy stanowią jedynie tło historii - to w końcu rozrabiające młodociane siostry, niezbyt dobrze wychowany chłopak i jego dwaj przyjaciele, z których jeden robi maślane oczy do panny Leszczyk. Jest jeszcze jego babcia, kobieta z całą pewnością dobra i w pełni oddana Klarze oraz Pani Rybakowska, tajemnicza niewidoma staruszka mieszkająca na drugim krańcu miasteczka. Można by jeszcze pokusić się o wspomnienie Pana Kota, niesamowicie enigmatycznej jednostki reprezentującej w pełni koci ród. Obawiam się jednak, że takie nieco powierzchowne potraktowanie postaci, gdzie trudno mówić o czymś wyróżniającym je na tle pozostałych bohaterów, nie wpływa najlepiej na przedstawienie tej historii, nawet jeśli przyjmiemy, że "Pan Ryba" jest baśnią. Czegoś tutaj po prostu brakuje.

'Coraz więcej tych przynęt... Czy naprawdę ludzie łapią się na coś takiego?'

Opowieść o Panu Rybie i Rybie Złotej na pewno ma przesłanie. Skłania przede wszystkim do zastanowienia się, czy aby na pewno słusznie zakładamy, że coś jest dobre, a coś innego jest tylko i wyłącznie złe. W końcu większość spraw tego świata ma dwie strony medalu. Czasem coś kryje się w cieniu, czasem pojawiają się niedopowiedzenia, czasem coś ponoć oczywistego okazuje się być czymś zupełnie innym. To wszystko rzutuje na nasze życie. 'Pan Ryba' to prawdziwa bajka, która powinna nauczyć dzieci patrzeć nieco szerzej na świat, dostrzegać sprawy, które nie wydają się im zbyt ważne, orientować się, że niekiedy w ładnym opakowaniu może kryć się robaczywe jabłko. Przyznaję, że zastosowane w książce zabiegi pozwalają dostrzec te kwestie, ale mimo wszystko czuję swoisty niedosyt, jakby autorka czegoś - ponownie - nie dopowiedziała.

Nie nazwałabym książki Katarzyny Majsner wyjątkową, czy niepowtarzalną. Jest z całą pewnością interesująca, ładnie skrojona i wielce bajkowa, ale w moim odczuciu czegoś jeszcze jej brakuje. Być może jednak skrótowość pewnych spraw jest aż nazbyt znaczna? Albo to część scen powinna zostać wydłużona i nieco bardziej rozbudowana, by czytelnik miał poczucie, że w pełni uczestniczy w przygodach Klary? Muszę przyznać, że momentami odnosiłam wrażenie, że nieco gubię się w tej opowieści. Wszystko tutaj spokojnie da się zakwalifikować do świata baśni i jest to fascynujące przeżycie, ale osobiście odnoszę wrażenie, że autorka nieco za szybko chciała przebrnąć przez tę opowieść i miejscami zgubiła parę słów wyjaśnienia, parę opisów tła, parę elementów łączących całą historię. Na sam koniec pozwolę sobie jeszcze dodać, że opis książki nie wydaje mi się w pełni oddawać tego, co faktycznie można znaleźć w tej opowieści, co stanowi akurat zarzut pod adresem wydawnictwa.

'Teraz, rozglądając się po rzepakowym polu, mogę powiedzieć, że czuję się jak łodyga, która utraciła kwiaty, ale nie uschła.'

Za książkę dziękuję portalowi Na Kanapie.

lutego 08, 2019

'Hotel Winterhouse' Ben Guterson (przełożyła: Anna Anita Wicha)

'Hotel Winterhouse' Ben Guterson (przełożyła: Anna Anita Wicha)

'Wielbicielka książek i łamigłówek 11-letnia Elizabeth Somers po śmierci rodziców mieszka z niezbyt przyjemnym wujostwem. Niespodziewanie tuż przed Gwiazdką dziewczynka zostaje wysłana do magicznego hotelu Winterhouse. Tam zaprzyjaźnia się z jego osobliwym właścicielem, a jej uwagę przykuwa pewna wyjątkowa książka, z którą wiąże się wiele sekretów dotyczących Winterhouse i samej Elizabeth. W dodatku w hotelu grasuje podejrzana para, o co najmniej niecnych zamiarach. Razem z nowo poznanym przyjacielem Elizabeth postara się rozwikłać tajemnicę hotelu, jednocześnie ciesząc się cudownościami, których nie może doświadczyć na co dzień, mieszkając z ciotką i wujem.'

Już na wstępie muszę powiedzieć, że bardzo lubię książki dla dzieci. Pod warunkiem, że nie są one bezsensowną paplaniną, z której nie da się wynieść nic mądrego, ale reprezentują sobą większe wartości. Poza tym zawsze odnosiłam wrażenie, że powieść dla najmłodszych powinna mieć sensowną i zwartą fabułę, nawet jeśli momentami sztampową, to jednak prawdopodobną i na tyle realną, by dało się w nią uwierzyć. Bardzo cenię książki dla dzieci, które naprawdę czegoś je uczą, które przekazują pewne wartości i pokazują, co może się stać, jeśli postąpi się źle. W pewnym sensie 'Hotel Winterhouse' również zaliczam do takich historii, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że w dużej mierze jest on po prostu powieścią przygodową szytą na miarę młodych czytelników. Nie jest to jednak nic złego! Książka ta jest bowiem naprawdę ciekawa i czyta się ją bardzo przyjemnie.

Można by powiedzieć, że postaci występujące w powieści są dość szablonowe, ale daje się to odczuć jedynie w konkretnych sytuacjach. Odnoszę również wrażenie, że ponieważ książka skierowana jest do młodszej młodzieży, taki zabieg był konieczny. Na całe szczęście pewne postawy zostają jednak przełamane odsłaniając również gorsze lub nieco lepsze cechy pewnych osób. Elizabeth nie jest jednoznacznie dobrą jednostką, ma swoje wady i przywary, głośno przyznaje się do tego, że nie znosi swego wuja i ciotki. W książce podkreślono również wyraźnie jej nieco egoistyczną postawę, która ostatecznie prowadzi do nieprzyjemności i najróżniejszych komplikacji. Podobnie jest z Freddiem, jej przyjacielem, czy Norbridgem - właścicielem hotelu. Zabieg ten, w moim odczuciu, jest zdecydowanie pozytywny i pokazuje wprost, że nie istnieją tak naprawdę ludzie idealni. Kolejnym plusem jest również fakt, iż negatywni bohaterowie zostają przedstawieni w nieco jaśniejszym świetle i ukazane zostają ich racje, a także powody pchające ich do takich, a nie innych zachowań. 

'Być może przyjaźń z chłopcem powinna oznaczać szacunek dla jego zainteresowań, a nie tylko forsowanie swoich.'

Początkowo sądziłam, że nie znajdą się tutaj raczej elementy magiczne, więc ich wystąpienie w pełnej krasie nieco mnie zdziwiło. Być może przeoczyłam coś na początku, albo po prostu to zbagatelizowałam, ale w którymś momencie miałam wrażenie, że opowieść zdąża w zupełnie nieznanym mi, jak również bardzo dziwnym kierunku. Trudno powiedzieć tak naprawdę, czy to źle. Ostatecznie bowiem 'Hotel Winterhouse' bardzo mi się podobał, nie tylko za sprawą samej historii, ale również bohaterów. Za kolejny plus uznaję również łagodne wprowadzanie w powieści poważniejszych kwestii związanych ze światem dorosłych. W powieści Gutersona można bowiem natknąć się na pewne zawiłości prawne, które w ten czy inny sposób kierują życiem głównej bohaterki. Poza tym odnoszę wrażenie, że autor 'Hotelu' chciał także w nieco łagodny sposób podkreślić, że przed pewnymi rzeczami nie jesteśmy w stanie po prostu uciec, a co za tym idzie, prędzej czy później będziemy musieli stawić im czoła.

Cieszy mnie również fakt, iż w książce młodzi bohaterowie przedstawieni zostali jako miłośnicy książek i wynalazków, którzy potrafią jeszcze bawić się inaczej niż jedynie grając na komórkach, czy robiąc coś podobnego. Nie uważam oczywiście, żeby takie coś było jedyną słuszną postawą, ale mimo wszystko jestem zadowolona, że nadal jeszcze powstają powieści z młodocianymi bohaterami posiadającymi własne zainteresowania, które niekoniecznie zgodne są ze współczesną modą i trendami. Z drugiej strony być może Elizabeth i Freddie są nieco zbyt mądrzy jak na swoje wczesne nastoletnie lata, ale na tej zasadzie musielibyśmy przyznać, że większość postaci w 'Hotelu Winterhouse' jest przerysowana. W powieściach dla dzieci nie wydaje się być to jednak prawdziwym zarzutem. Odnoszę wrażenie, że w książkach skierowanych do dzieci pewne sprawy muszą być jeszcze nadal wyraźnie podkreślone i jasno zarysowane, by zapadały czytelnikowi w pamięć.

Na sam zaś koniec muszę powiedzieć tylko, że ciekawa jestem, czy w Polsce zostaną wydane kolejne książki Bena Gutersona, bo jeśli tak - to z przyjemnością po nie sięgnę.

'Właśnie takie historie lubię najbardziej.'



Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dwukropek

stycznia 18, 2019

'Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców' oraz 'Amelka Kieł i Władcy Jednorożców' Laura Ellen Anderson (Przełożyła: Maria Jaszczurowska)

'Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców' oraz 'Amelka Kieł i Władcy Jednorożców' Laura Ellen Anderson (Przełożyła: Maria Jaszczurowska)

'Amelka lubi bawić się ze swoimi przyjaciółmi: Dyńką, Florką i Kostkiem, oraz oglądać "Trumienne rewolucje". Nie lubi brać udziału w corocznym Balu Barbarzyńców, na którym są sami dorośli.
Podczas gdy przygotowania do tej nudnej imprezy trwają w najlepsze, rozpieszczony książę Tadżin uprowadza Dyńkę... Amelko, ratuj!'

'Do Amelki, Dyńki, Florki i Kostka dołączają rozpieszczony następca trony, książę Tadżin, oraz jego ojciec król Vlaimmir. Przed tą upiorrrrną drużyną zadanie, które przyprawiłoby o dreszcze niejednego mieszkańca Nokturnii - wyprawa do Królestwa Światła...'

Ciekawa jestem, czy kiedykolwiek czytaliście książkę, która bardziej przypomina kreskówkę. Taka właśnie jest seria o Amelce Kieł, opowieść ta świetnie sprawdziłaby się w roli serialu dla nieco młodszej młodzieży. Naszpikowana jest postaciami kojarzącymi się bez wątpienia z popkulturą, które w zabawny sposób zostają pozbawione swych najgorszych cech i trafiają zapewne w gust młodego czytelnika. Już na wstępie muszę podkreślić, że podobał mi się zabieg przedstawienia jako najmroczniejszych istot na świecie jednorożców, wróżek i wszystkiego, co kojarzy się raczej pozytywnie. Dla bohaterów serii są to jednak straszliwe potwory, których koniecznie trzeba się wystrzegać. Z drugiej zaś strony mamy wszystkie brokatowe jednostki, pełne miłości, ciepła i uśmiechów, które oczywiście obawiają się śmierci, wyssania krwi przez wampiry i innych potworności. Urokliwe wróżki, skrzaty i jednorożce są zaś w moim odczuciu aż w nadmiarze słodkie. Dlaczego więc dwa, całkowicie różne, Królestwa leżą tak blisko siebie? Przecież to nie ma najmniejszego sensu! Może kiedyś poznamy odpowiedź na to pytanie?

'W Nokturnii zapadła już ponura, mroczna noc.'

Większość postaci w serii o Amelce to wampiry, groźne yeti, Śmierć z rodziną, a także cała zgraja mumii oraz innych potworów, których domowymi zwierzątkami są dynie. Cała ta mroczna zgraja chadza spać o świcie, niektórzy z nich wylegują się w trumnach, inni zaś muszą udawać się na miejsce zbrodni, by posprzątać nieżywe już ropuszki. Młodzi bohaterowie, czyli tytułowa Amelka i jej przyjaciele - Florka i Kostek - dodatkowo chodzą jeszcze do szkoły, gdzie muszą użerać się z nauczycielką i wiodą w gruncie rzeczy całkiem normalne życie. Chociaż właściwie można by powiedzieć, że raczej takie, które chciałyby wieść dzieciaki zafascynowane światem podobnym do Nokturnii. 

Poza wspomnianymi powyżej głównymi postaciami występują tutaj również bohaterowie drugoplanowi, nie aż tak istotni dla całej fabuły, ale z całą pewnością równie barwni i interesujący. Niemniej jednak wszyscy są dość jednoznaczni, przynajmniej w pierwszym tomie. We 'Władcach Jednorożców' sytuacja nieco się zmienia i jest to dość przyjemna odmiana, która jednocześnie napędza fabułę opowieści. Osobiście podoba mi się zderzenie dwóch światów, tego mrocznego i tego brokatowego, które wypada dość zabawnie i ujawnia różnice, które tak naprawdę są do pogodzenia. 

Pełno tutaj również całkiem obrzydliwych posiłków, jak chociażby pączki z woskowiną, czy smakowite paznokcie stanowiące chyba swoisty rarytas w tym pokręconym świecie. Z drugiej strony, gdy wybrać się do Królestwa Światła, tam wszystko jest przecukrzone, pełne bąbelków i posypki, tak cudownie wspaniałe, że aż nie do zniesienia. Podobnie sprawa ma się z miejscami na mapach tych dwóch światów, które wręcz ociekają mrocznością albo słodkością, co tylko dogłębniej podkreśla różnice, jakie występują pomiędzy Nokturnią a Królestwem Światła.

Nie mogę powiedzieć, żeby bohaterowie byli płascy czy tekturowi, każdy z nich ma jakiś wyraźny rys charakterologiczny, jakąś cechę, która go wyróżnia, ale na pewno na próżno tutaj szukać czegoś głębszego. Seria o Amelce to przede wszystkim jedna wielka przygoda, jedna wielka podróż w nieznane i odkrywanie nowych rzeczy, o jakich nie miało się pojęcia. To nowe wyzwania, w obliczu których muszą stanąć młodociani przyjaciele. Trudno tutaj o chwilę refleksji, zatrzymania się na nieco dłużej, to po prostu wartka podróż z prądem mknącej rzeki, która prędko przenosi nas z miejsca na miejsce. I jest to naprawdę przyjemna wyprawa! Tak jak wspomniałam na wstępie, seria o Amelce z powodzeniem mogłaby być serialem animowanym. Albo komiksem. Napisana jest w taki sposób, że bez problemu spełniałaby wymagania tych formatów i pewnie przyniosłaby całkiem sporo rozrywki młodszym odbiorcom. Tym starszym też, bo ja chociażby bawiłam się naprawdę przednio czytając oba tomy i czekam z niecierpliwością na kolejny.

'Dziękuję za to, że pokazałaś nam wszystkim prawdę.'

października 24, 2018

'Tutaje' Ewa i Marcin Minor

'Tutaje' Ewa i Marcin Minor

'W Tutajach czas nie płynie ani wolniej, ani szybciej. Potrafi jednak zaskakiwać kierunkami, w których popycha bohaterów - mieszkańców lasu. Każdy zwierzak to wyjątkowy charakter, z zaletami, wadami oraz całą paletą emocji.'

Ostatnio dość często sięgam po książki skierowane do dzieci. Odnoszę wrażenie, że stają się one coraz mądrzejsze, mniej jest w nich jakiś nieprawdopodobnych głupot albo wciskanych wręcz na siłę morałów, które nic dobrego za sobą nie niosą. Pewne prawdy życiowe przekazywane są w mniej nachalny sposób, przez co nawet starszemu czytelnikowi łatwiej jest pochylić się nad taką lekturą i zastanowić nad tym, na co ma ona zwracać uwagę. Nie można też zapominać, że kwestii ważnych dla maluchów jest naprawdę sporo. Są to jednak również rzeczy, o których nie zawsze pamiętamy my, dorośli, i warto raz na jakiś czas sięgnąć po te dziecięce prawdy, które mogą pomóc w trudnych chwilach. Istnieje cień szansy, że przypomną nam o czymś, o czym dawno już zapomnieliśmy. 

W tym miejscu chciałabym zapytać, czy ktoś w biegu dnia codziennego pochyla się nad zagadnieniami przeprowadzki albo posiadanych talentów? O przyjaźni, owszem, dyskutuje się często i dość sporo, ale odnoszę wrażenie, że nie zawsze dotyka się w tym względzie sedna sprawy.  Pozornie są to wszystko rzeczy proste, towarzyszące nam wciąż przez całe życie, raz blednące, a raz całkowicie namacalne. To prawda, ale zdaje się, że nigdy nie poświęcamy tym zagadnieniom tyle czasu, ile byśmy powinni. Bagatelizujemy je, przechodzimy obok nich nie zwracając zbyt wielkiej uwagi na uczucia, jakie mogą budzić.

'To, co na początku wydawało się trochę straszne, bo nowe i nieznane, okazało się dla nas najlepsze. Najważniejsze to wierzyć, że się uda, i działać.'

Pamiętam, że kiedy sama przenosiłam się z mieszkania do domu czułam wielką ekscytację, a jednocześnie straszny smutek oraz niepewność, co dalej. Odnoszę wrażenie, że właśnie te emocje zostały uchwycone w 'Tutajach'. Rozdzielono je jednak pomiędzy całą rodzinę myszy, która decyduje się wyruszyć na poszukiwanie nowego domu, gdyż ich własny jest sukcesywnie zalewany z powodu ulewnych deszczy. Pozwala to zresztą zrozumieć młodemu czytelnikowi, że w obliczu przeprowadzki sam może czuć smutek jak Rysiu, niechęć jak wujek Pufon, czy nadzieję jak mama Mysz. W końcu każdy z nas jest inny i nie ma jakiegoś jednego wzorcu zachowania w danej sytuacji.

W 'Tutajach' można znaleźć również naprawdę dobrą opowieść o talentach i braterskiej miłości, która nie zawsze musi być prosta i piękna. W końcu w rodzinie też zdarzają się problemy, nieporozumienia, a nawet zazdrość. To również zupełnie nieskomplikowana historia o tym, że jeśli ma się do czegoś talent nie należy odkładać tego w kąt. Lepiej rozwijać się, doskonalić, walczyć z własnymi ułomnościami i niepewnościami. Poza tym świetnie została tutaj opisana przyjaźń, młodzieńcza i pewnie nieco naiwna, ale jednocześnie bezinteresowna. Nieprzyjemne przygody jeża Maciusia z całą pewnością przypomną każdemu o tym, że nie kocha się kogoś za coś, ale za to, że ten jest obok.

'W swoim śnie wiedział, że jest odważny, pomysłowy i utalentowany. Niech koniecznie o tym pamięta, gdy tylko się obudzi, bo przecież taki właśnie jest!'

Wygląda na to, że 'Tutaje' to jedna z nielicznych książek, co do której nie mam żadnych krytycznych uwag. Napisana jest naprawdę z klasą, w prosty sposób trafiający bez wątpienia do najmłodszego czytelnika. Wszystkie historie są przystępne, nie da się w nich znaleźć żadnych niedomówień, nie ma tutaj strasznych wilków i okropnych wiedźm, które mogłyby straszyć dzieciaki po nocach. Dodatkowo książka sama w sobie jest po prostu piękna. Już okładka powoduje, że mam chęć trzymania tej pozycji zawsze na widoku, a wspaniałe ilustracje dopełniają jedynie pełni dzieła. Wszystko w 'Tutajach' dopięte jest naprawdę na ostatni guzik. Uważam, że to wspaniały prezent pod choinkę. Nie tylko dla najmłodszych czytelników.

'Przyjaciele pozostają przyjaciółmi w każdej sytuacji.'

października 04, 2018

'O czym szumią wierzby' Kenneth Grahame

'O czym szumią wierzby' Kenneth Grahame

'Gdy Kret opuszcza swoją norę, spotyka Szczura - miłośnika Rzeki. Razem wyruszają w podróż łodzią. Przed nimi wiele niezwykłych przygód. Odwiedzą wyjątkowe miejsca i poznają nowych przyjaciół.'


'O czym szumią wierzby' to powieść dla dzieci, która ukazała się na rynku czytelniczym przeszło sto lat temu i chociaż na pewno różni się od współczesnych bajek, to niewiele straciła na aktualności. Być może w niektórych miejscach okazuje się nie być zbyt czytelna, być może czasami wydarzenia nie są w pełni spójne lub wyjaśnione, ale nie zdaje się to jakoś szczególnie mocno oddziaływać na całość powieści. Przyznaję już na wstępie, że bardziej podobają mi się kontynuacje historii Kennetha Grahame'a stworzone przez Williama Horwooda. Zdają się one posiadać nieco więcej głębi niż samo 'O czym szumią wierzby', ale nie zamierzam odbierać tej książce tytułu jednej z najbardziej klasycznych powieści nominowanej między innymi do listy 100 książek BBC, które każdy czytelnik powinien przeczytać.

Jest to również książka, o której tak naprawdę trudno jest coś więcej napisać. Tak naprawdę to powieść mająca na celu przedstawienie pod postacią sympatycznych zwierząt cech ludzkich charakterów, nie zawsze wspaniałych i krystalicznych. To także historia o rzeczach ważnych dla poszczególnych jej bohaterów i, można powiedzieć, opowieść o sile przyjaźni. Tej ostatniej niestety nie odnajduję na kartach tej książki, gdyż przedstawione tam relacje pomiędzy głównymi postaciami są dla mnie dość jałowe i przyjmowane za pewnik. Być może współczesny czytelnik wymaga jednak od lektury nieco więcej niż sto lat wcześniej? 'O czym szumią wierzby' nie jest na pewno pierwszą książką dla dzieci, jaka wpadła w moje ręce, ale odnoszę wrażenie, że współczesne nam pozycje mimo wszystko posiadają nieco więcej głębi. Jak również pisane są innym, prostszym językiem, który zdecydowanie łatwiej trafi do najmłodszych czytelników. Kolejnym problemem, jaki mam z niniejszą książką, jest fakt, iż opisane w niej wydarzenia zdają się nie mieć zbyt wielkiego wpływu na pobocznych bohaterów, ba, zdają się nie mieć nawet wpływu na postaci, których bezpośrednio dotyczą. Miejscami odnosiłam również wrażenie, że pewne epizody są po prostu powszechnie znane, chociaż nikt o nich głośno nie mówił.


'Nie ma nic, naprawdę nic, co dałoby się porównać ze zwyczajną włóczęgą łodzią.'

Należałoby zatem zapytać, co można właściwie powiedzieć o głównych bohaterach powieści Kennetha Grahame'a. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że niewiele. Najbardziej charakterystyczny jest Pan Ropuch, pełen zadęcia i pewności siebie, wręcz zakochany we własnym odbiciu niczym Narcyz, bogaty, za nic mający wymiar sprawiedliwości czy prawdziwe dobre maniery. W jego świetle zdecydowanie gaśnie Kret i Szczur Wodny, jedynie Borsuk, jako najpoważniejszy i najbardziej posępny ze wszystkich okolicznych mieszkańców, ma tutaj coś do powiedzenia. Dlaczego zatem uważam, że Kret i Szczur Wody są dość bladzi? Odnoszę wrażenie, że ich charaktery są niesamowicie chwiejne, niestałe i nieco zmieniające się zależnie od tego, z której dokładnie strony powieje wiatr. Poza tym Kret wydaje mi się być jednostką bardzo płaczliwą, a Szczur niezależnie od tego, jak wiele robi dla swego przyjaciela, jest dość opryskliwym egoistą. Co zadziwiające, czytając 'O czym szumią wierzby' byłam w stanie polubić tylko Pana Ropucha, zapoznając się jednak z historiami Williama Horwooda bardzo ceniłam Borsuka, przepadałam za Szczurem i szanowałam Kreta. To, moim zdaniem, pokazuje również główną różnicę pomiędzy oryginałem, a jego kontynuacjami. Niestety, w moim odczuciu wiele przemawia za trzema tomami Opowieści znad Rzeki. 

Jaki zatem mam stosunek do powieści Grahame'a? Uważam, że warto się z nią zapoznać chociażby z powodu tego, iż uznawana jest za jedną z najważniejszych pozycji w historii literatury. Przynajmniej przez niektórych. Warto również sięgnąć po nią po to, by znać początek Opowieści znad Rzeki, które serdecznie polecam każdemu czytelnikowi. Poza tym, jak wspominałam na samym początku tej recenzji, jest to niewątpliwie historia ponadczasowa, która trafi do każdego z nas. 

'A patrząc, czuł, że żyje - a czując, że żyje, zdumiewał się.'

września 09, 2018

'Wojna z dziadkiem' Robert Kimmel Smith

'Wojna z dziadkiem' Robert Kimmel Smith

'Wojna to koszmar.'
Takie jest główne przesłanie książki Roberta Kimmela Smitha. Zgodnie ze słowami jednego z jego bohaterów, a konkretnie tytułowego dziadka, wojna jest bolesna, ma to do siebie, że rani i zabija, a jedyną osobą, jaka do niej dąży, jest głupiec. Niezależnie od tego, z jakiego powodu wojna została wywołana, nie ma w niej niczego cudownego, nie ma w niej chociażby cienia prawdziwej wspaniałości czy honorowych czynów. Faktycznie, tak jak cały czas próbuje przedstawić to nie tylko autor książki, ale również jej najstarszy bohater, tylko chłopcy nie znający prawdziwej natury życia mogą pragnąć grać w tę grę, gdzie nie ma miejsca na litość czy miłość. Czy jednak tylko o tym opowiada 'Wojna z dziadkiem'? Z całą pewnością nie.
'Kiedy dorosnę i będę miał synka, nigdy nie zmuszę go do robienia czegoś, czego on sam nie będzie chciał zrobić.'
Niniejsza powieść jest również historią wzajemnych relacji rodzinnych, opowieścią o stracie i odzyskiwaniu sił po śmierci ukochanej osoby, szukaniu miejsca dla siebie i stawianiu nowych kroków. To też historia opisująca to, jak trudno czasami jest zrozumieć zmiany, jakie nas dotykają, a również swoiste pouczenie dla rodziców, by pamiętać, że ich dzieci także mają własne uczucia i swój rozum, i po prostu nie da się ich traktować jak pudełek, które można przestawiać gdzie się tylko chce. To jednocześnie opowieść o miłości, nie do końca wyrażanej wprost, ale jednak obecnej na większości stron niniejszej książki. Mówiąc inaczej - 'Wojna z dziadkiem' to historia pewnej rodziny opowiedziana z punktu widzenia kilkuletniego Petera, który nie jest na pewno bezwolnym dzieckiem pozbawionym jakichkolwiek uczuć. To historia smutna, zabawna, a jednocześnie podnosząca na duchu, mająca po prostu smak zwyczajnego życia, gdzie zło przeplata się z dobrem, a kiepskie dni z tymi wspaniałymi.
'Peter bardzo się cieszy, że z nim i jego rodzicami zamieszka ukochany dziadek. Radość nie trwa jednak zbyt długo, bo okazuje się, że dziadek zamieszka w pokoju Petera, a chłopiec jest zmuszony przenieść się na poddasze. Peter kocha swojego dziadka, ale pragnie odzyskać swój pokój.'
Dla mnie 'Wojna z dziadkiem' jest przede wszystkim swoistym elementarzem poprawnego zachowania dla każdego człowieka, niezależnie od jego wieku. Z pozoru jest to książka niesamowicie prosta i łatwa, w końcu jak inaczej może wyglądać historia opowiadana przez kilkuletniego chłopca, który raz na jakiś czas podkreśla, że "zdania wychodzą mu za długie"? Jednak kryje się w niej wiele życiowych prawd, o których w dorosłym życiu zdajemy się nagminnie zapominać. To przede wszystkim ukazanie zła wojny, w sposób przystępny dla młodszego czytelnika. Jest to jednak również nauka poszanowania zdania innych niezależnie od ich wieku, sztuki pójścia na kompromis i szukania złotego środka. Nie należy również zapominać, że w książce pojawia się motyw związany z dobrymi intencjami przyjaciół, których jednak nie należy słuchać w każdym momencie. Tak, to zdecydowanie książka zawierająca w sobie przekaz, że warto kierować się własnym rozumem, uczuciami i chęcią szukania wspólnych rozwiązań w trudnych sytuacjach. Naukę tę, moim zdaniem, powinien zapamiętać każdy czytelnik. Nie tylko ten najmłodszy, ale również ten pełnoletni, który być może ma już własne dzieci. 

Jednocześnie chcę podkreślić, że Smith napisał swoją książkę w taki sposób, że nie odczuwa się w ogóle ciężaru tych wszystkich umoralnień. Jest to pozycja tak lekka, prosta i przyjemna, że wystarczy na nią parę godzin. Duży wpływ na takie tempo czytania i taki odbiór tej lektury ma pewnie fakt, iż napisana jest ona z punktu widzenia kilkulatka, który naprawdę nie umie jeszcze budować napięcia, ani szykować rozwlekłych opisów, czy dodawać jakichkolwiek wątków pobocznych. Z tego też względu historia wydaje się być całkowicie autentyczna. Umiejętność autora do wczucia się w dziecko jest mimo wszystko godna podziwu i zasługuje na duże oklaski, gdyż niestety nie zdarza się to nazbyt często. Nie muszę chyba w takim wypadku dodawać, że książkę zdecydowanie polecam, czyż nie?
'Teraz już wiem, że zdecydowanie najtrudniej jest na początku.'
Copyright © 2016 Urząd Książki , Blogger